czwartek, 17 grudnia 2009
Sos słodko-kwaśny

Wszystkiego jest pełno, a ja czuję się bardzo dziwnie.

Pracuję w miejscu, gdzie muszę mówić po niemiecku on a daily basis. Nasz zaprzyjaźniony Italiano porzuca Polonię i wraca do Milano. Podczas pierwszego powrotu z nowej pracy zepsuł mi się samochód. Nie mam czasu posiedzieć i pomyśleć. Wczoraj byliśmy na cotygodniowej muzykoterapii w Akademii Muzycznej. Jestem zmęczona i Połowa też jest zmęczony. Silnik w samochodzie zgasł, gdy auto zjeżdżało z górki po oblodzonej drodze. Mam zaległości w mailach i blogach. Dzisiaj moja mama ma urodziny, a Połowa ma świąteczną wyżerkę firmową. Wczoraj była orkiestra symfoniczna i, gościnnie, włoski skrzypek (gwiazdor). Ustaliliśmy na pewno, że chcemy pomieszkać gdzieś out-PL. Mam ochotę pooglądać SATC, ale nie, bo będzie mi smutno (New York). Nikt nie mógł mi pomóc z tym cholernym samochodem, a potem byłam holowana w śniegu i ciemności. Żegnaliśmy się wczoraj, bo był z nami Andrea, a orkiestra grała Lutosławskiego. Wiem, że wkrótce są Święta, ale nie chcę tego przyjąć do wiadomości. Czy uda nam się kiedyś, albo wkrótce, wyjechać do M.? Akademia Muzyczna w Katowicach jest moim happy place i sto razy chciałam napisać notkę o tym budynku. "Było zwarcie na alternatorze". W końcu prawie się we troje rozmemłaliśmy i do zobaczenia może w maju. W miarę płynnie po niemiecku mówiłam w liceum, teraz myślę 2 minuty nad słowem heute. Zabukowaliśmy lot i łoża w Brukseli na styczeń, a czy się wyrwę? Sms: "Autko gotowe. 640 zł." Who Was David Weiser?

Nie lubię, gdy ludzie nie są ludzcy, ale zimni i niepomocni.

Nie lubię, gdy dobrzy ludzie znikają z mojego życia.

Nie lubię poczucia bezradności, szczególnie, gdy wiem, że mogłabym je zlikwidować gotówką.

Lubię muzykę i Akademię.

Lubię planować podróże.

Lubię poczucie bezpieczeństwa.

Pozdrawiam moją Połowę.

Pozdrawiam wszystkich, ale Każdego z osobna. Nie martwcie się! Każda zima mija.

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

latte

czwartek, 26 listopada 2009
A Momentary Lapse of Reason

Miałam wczoraj tzw. ważne spotkanie. W miejscu, którego nie znałam i dokąd dojazdu też nie znałam. Nie mam gpsa i w takich sytuacjach zwykle drukuję trasę z Google Maps. To szansa popisania się przed sobą umiejętnością czytania mapy - a po dotarciu do celu można nawet zakrzyknąć: Nice job, girl! Jeśli się czegoś po drodze nie schrzani. I jeśli przyjaciel Google czegoś nie schrzani.

Wczoraj, tuż przed końcem trasy, mapa przestała nagle działać i nie wiedziałam dlaczego. Jechałam prosto tam, gdzie miało być prosto i w lewo, gdy miało być w lewo. Znalazłam się gdzieś bardzo blisko celu, ale nie wiedziałam gdzie dokładnie, a zegar wskazywał za pięć.

Włączył mi się Faulkner, czyli wściekłość i wrzask. To zadziałało otrzeźwiająco i mobilizująco: zauważyłam człowieka z bułkami! A człowiek znający trasę do bułkodajni musiał znać inne okoliczne trasy, w tym moją!

Nie znał. Sięgnął za to ręką przez okno po googlomapkę leżącą na siedzeniu i zaczął się w nią wczytywać. "Zaraz do tego dojdziemy..." - mruczał monotonnym głosem, jego dwie bułki dyndały smętnie w woreczku foliowym (właśnie tak chcę to napisać), a zegar pokazywał już umówioną godzinę. Widziałam tę scenę z bocznej kamery, widziałam, że to scena komediowa i kiedy obejrzę ją jeszcze raz, wieczorem w powtórkach, będę się z niej śmiać. Ale bożesztymój, wtedy to się jeszcze działo, byłam w trybie wściekłość i wrzask i chciałam zrobić coś niemiłego bułkom rozmemłanego pana! Na szczęście w końcu abdykował: "Zapytajmy tę panią." Przechodnia pani rzuciła coś w rodzaju: "jechać w lewo, w prawo, w lewo, w prawo", co słysząc, wyrwałam moją karteczkę z rąk Bułkowego i ruszyłam z kopyta (w wyobrażeniach proszę wziąć poprawkę na realia - kopyto ma ponad 10 lat i nieraz rzęzi).

Dotarłam do celu bardziej intuicyjnie/przypadkowo niż według wskazówek, spóźniona, ale byłam! W drodze powrotnej już spokojnie obejrzałam okolicę i znalazłam powód wcześniejszego zagubienia: istnienie kawałka nowej drogi - w realu, nie na mapie. Tylko pół kilometra z 40 km całej trasy, ale finalne pół o znaczeniu kluczowym. Była to końcówka znaleziona zbyt późno.

A potem byliśmy w kinie. Seans opóźnił się o kwadrans, bo projektor odmówił pracy. W końcu jednak ruszył i obrazy migały na ekranie. Na kwadrans przed końcem do sali wszedł chłopak z dziewczyną i popcornem. Usiedli i zaczęli oglądać "Rewers", a my "Rewers" oglądaliśmy dalej.

Film skończył się dość melancholijną sceną, ale gdy pojawiły się napisy i rozbłysło światło, sir Połowa nagle wybuchnął śmiechem. Pomyślałam, że melancholia mu szkodzi, bo chichotał i chichotał, podczas gdy wszyscy wokół w zamyśleniu wstawali z miejsc i wkładali płaszcze. Wtedy spojrzałam na chłopaka z dziewczyną i popcornem. Wyglądał jak wiewiórka podstępnie okradziona z orzeszka. Siedział i kręcił nerwowo głową we wszystkie strony, próbując wyczytać z gestów pozostałych ludzi dlaczego zapłacił za film dłumetrażowy, a dostał seans 15-minutowy, dlaczego nikt inny się temu nie dziwi i dlaczego ta sytuacja rozgrywa się akurat teraz, gdy jest z dziewczyną i popcornem. Wszystkie te znaki zapytania miał wypisane na przerażonym czole.

Sir Połowa wyjaśnił mu, że nasz seans się przedłużył, czyli ich seans jeszcze się nie zaczął. Nie powinni byli wchodzić na salę. Zobaczyli wprawdzie tylko kwadrans ze 100 minut filmu, ale kwadrans o znaczeniu kluczowym. A zatem była to końcówka obejrzana za wcześnie.

I tak sobie myślę o tym wyczuciu czasu (timing lepiej pasuje). Więc timing i - Przypadek czy Los, w sensie świadomej siły wyższej? Coś nie dzieje się na czas, ale w tym czasie dzieje się coś innego. Wszystkie te historie ludzi spóźniających się na samolot, który miał się później rozbić na kawałeczki - to spektakularne przykłady. Moje spotkanie z Bułkowym i Wiewiórką mają mniejszy kaliber, ale schemat wciąż ten sam. Małe sytuacje, a jednak nieodwołalnie zmieniają bieg rzeczy. Więc Przypadek czy Los?

Znam taką bujdę o początkującym i niezdarnym aniele stróżu, który chcąc ochronić swojego podopiecznego przed śmiertelnym wypadkiem drogowym, z braku lepszego pomysłu, w ciągu godziny psuje mu samochód, napuszcza na niego złodziei i zwalnia go z pracy. I chyba podoba mi się ta historia, bo oznacza, że rzeczy dzieją się czasem za sprawą Przypadków Losowych. Fajnie.

czwartek, 12 listopada 2009
Niebo nad Berlinem

7 czy 8 lat temu ktoś powiedział mi, że do zabawy najlepszym miejscem na świecie jest Berlin. Uśmiechnęłam się i wypowiedziałam kurtuazyjne, kończące rozmowę, "No proszę!". Byłam anglofilką i gdzieś miałam jakieś niemieckojęzyczne miasto, choćby nawet było stolicą. Berlin - Niemcy - wojna - pokój - polityka - historia - nuda - nuda - nuda.

Tak myślałam, gęś niemądra.

Pojechałam dopiero latem tego roku, z głupich powodów. Chcieliśmy wycieczki, ale możliwości były ograniczone. Sir Połowa zepsuł sobie kolano i z tej okazji nie mógł najpierw chodzić wcale, a potem tylko w środowisku cywilizowanym i płaskim. Co przekreśliło góry. Kryzys ekonomiczny w naszym gospodarstwie domowym trzymał się mocno jak Chińczyki. Co przekreśliło dalekie wojaże. A Gazetowa "Turystyka" napisała, że Berlin jest blisko, a droga doń dobra. Decyzja zapadła. Tylko entuzjazm był umiarkowany.

Przed wyjazdem dopełnialiśmy formalności - zakup przewodnika, wczytanie się w miejskie atrakcje, planowanie trasy... Rąbnęło mnie. Rozczytałam najpierw przewodnik własny, potem 2 pożyczone. Byłam jeszcze w domu, ale już na berlińskim haju. Chciałam zobaczyć każdy genialny obraz z olbrzymich miejskich zbiorów, obmacać resztki Muru, wejść do Kopuły Reichstagu, wypić kawę na Ku'dammie, zjeść Currywurst z obnośnego Imbisu, odegrać scenę otwarcia igrzysk na Olympiastadion etc. etc. Szaleństwo.

Wjeżdżałam do miasta z poczuciem ekscytacji i niepewności - co mnie tam spotka? Myślę, że czułam się podobnie jak mój ojciec, gdy przyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec lat 80. Oboje łaknęliśmy jakiejś egzotyki - ojciec chciał ją nabyć w postaci czekoladek, kawy i ananasa (prawdziwego, w całości!), ja zapragnęłam widoku utworów Picassa, Van Eycka i Libeskinda (na wyciągnięcie ręki!).

Chociaż oboje dostaliśmy, czego chcieliśmy, łupy naszych wypraw zeszły na dalszy plan wobec doświadczenia Wolności, jakie zaserwował nam Berlin. O ile ojciec, 20 lat temu, mógł się tego przeżycia spodziewać, mnie złapało zupełnie z zaskoczenia. Przecież ja jestem z wolnej Polski, nie wiem co to wojna, a konsekwencje stanu wojennego pamiętam raczej siłą wyobraźni. Ja się żadnej Wolności dziwić nie muszę! Ja znam Seks w Wielkim Mieście i pracę w Irlandii, byłam w Wenecji i w Tiranie i w Suwałkach i Lublinie, i mam internet z facebookiem, a na n-k mam profil i mogę tam wrzucić milion fotek, więc helllooooo?!?!

Tak myślałam, gęś niemądra.

A jednak Wolność dopadła mnie dopiero w Berlinie. Tylko kiedy dokładnie? Gdy na zielonym Ampelmannie przechodziłam ulicę przy Frankfurter Tor, a dwóch chłopaków żonglowało na jezdni, świętując kilkanaście sekund rządów przechodniów? Kiedy piłam piwo na stacji Alexanderplatz U-Bahn i nie stałam się menelem? W Muzeum Żydowskim, w części zwanej Próżną Próżnią, gdzie bez scenografii poczułam się jak w bydlęcym wagonie turkoczącym w stronę obozowej bramy? Na Warschauer Strasse tak po prostu? W moim łóżku w hostelu, gdzie obudziły mnie w środku nocy dźwięki imprezy rozgrywanej wokół stołu bilardowego w recepcji?

Berlin dał mi takiego kopa Wolności jak nikt i nic na świecie. Dlaczego nie mogę poczuć tego tutaj? Czy ta Wolność i jej brak jest jakoś związana z panem z dzielnicy Kreuzberg, który zaproponował pomoc, gdy zbyt długo wpatrywałam się w mapę berlińskiego metra? Czy sprawa wiąże się jakoś z panią z polskiej knajpy przygranicznej, gdzie zajrzeliśmy w drodze powrotnej, z ową panią, u której nasz znajomy Włoch kupił kawę dużo drożej niż stanowił cennik, ale przecież on i tak nie zna się na złotówkach, a reszty nie da się już wydać, bo pani nie pamięta ile Andrea jej tak naprawdę dał? Czy tak niewiarygodnie stereotypowe sytuacje mają jakieś powiązania z tą całą Wolnością?

3 dni temu, 9. listopada, wzruszyłam się, jak na gęś niemądrą przystało, oglądając w tv domino przewracające się pod Brandenburger Tor. Szkoda, że nie mogłam być Lechem Wałęsą! Westchnęłam więc tylko pod nosem: "Ich bin ein Berliner" i wróciłam do zmywania brudnych naczyń.

Minęło zatem 7 czy 8 lat i dalej nie wiem czy do zabawy najlepszym miejscem na świecie jest Berlin. Ale mogę z całą pewnością stwierdzić, że widziałam tam niebo.

zonglerka w Berlinie

mis berlinski

you are leaving the american sector potsdamer platz

berlin zachodni

brandenburger tor

east side gallery

Foty zrobione przez gęś lub Sir-a.

16:06, movable
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 marca 2009
Dajcie przyrzeczeń starych tysiące!
Z okazji Dnia Kobiet najlepsze życzenia otrzymują ode mnie Miłe Panie: lodówkA, kuchenkA, pralkA (W tle Panowie biją brawa - za pożyteczność.), golarkA (damska, rzecz jasna - i niech depiluje dokładnie wszystkie kobiece zakamarki, żeby Pan był zadowolony!) oraz krówkA-mordoklejkA ("Poczęstuj się Kochanie, bo chciałbym się zdrzemnąć." Zbigniew z Łodzi, l.54).
 
Korzystając z okazji, chciałabym pozdrowić prezydenta Gabonu, Omara Bongo, i pogratulować sprawowania rządów w tak pokojowo nastawionym do Polski kraju. Najszczersze wyrazy współczucia składam za to panu prezydentowi Ivanowi Gašparovicowi, bo wyobrażam sobie jak trudno jest utrzymać porządek w tak słabo oświetlonym państwie, jakim jest Słowacja. Przesyłam obu Panom wirtualne goździki, od serca. I proszę pamiętać, że Was kochamy i myślimy o Was tak ciepło, jak o polskich matkach, żonach i innych jakichś tam kobietach.
 
Serdeczności wysyłam w świat na kilkanaście godzin przed rozpoczęciem świątecznych obchodów, gdyż w uroczystościach udziału nie wezmę. Jutro, zaraz po przebudzeniu zamierzam wejść do pralki i prać się w niej do północy. Naukowcy twierdzą, że tortury psychiczne są gorsze od fizycznych, może więc pranie rzeczywiste łatwiejsze będzie do zniesienia niż pranie mózgu.
 
Obywatelom, którzy zechcą uznać mnie za nie-normalną, już teraz przyznaję rację. Za mój stan psychiczny należy obwiniać:
 
  • Emily Dickinson - bo uświadomiła mi, że Jestem Nikim,
  • Lauryn Hill - bo mnie MIS-edukowała,
  • Zadie Smith - bo opowiedziała mi banialuki O pięknie,
  • Sinead O'Connor - bo do niej Nic się nie umywa,
  • Sophię Coppolę - bo nie dość, że wyręczyła mnie w robieniu filmów, które sama chciałabym zrobić, to jeszcze wmówiła mi, że jestem Marią Antoniną,
  • Ellę Fitzgerald - bo kazała mi klaskać, gdy Nadchodzi Charlie,
  • Billie Holiday - bo zmusiła mnie do słuchania jak Kobieta śpiewa bluesa,
  • Penélopę Cruz - bo wolała miłość Vicky Cristiny Barcelony od mojej,
  • Jane Austen - bo, jak dla mnie, Jane była wygadana, a nie Dumna i uprzedzona,
  • Emily Brontë - bo pokazała mi jak malowniczo nienawiść targa miłością, a Wiatr Wzgórzem,
  • Katję Mann i Jo N. Hopper - bo to one, dla mnie, Zaczarowały Górę i przywołały Lelki, stając w cieniu, by Mężowie mogli grzać się w blasku,
  • Marjane Satrapi - bo uzmysłowiła mi, że wszyscy ludzie mają jakąś wojnę w swojej Historii dzieciństwa.

Zażalenia na mój temat proszę składać wyżej wymienionym Babom, bo to one mnie taką zrobiły. Te, które nie żyją, można z tej okazji ekshumować i obadać z lewej i z prawej. Z pewnością okaże się, że ich śmierć nie była wynikiem śmierci. Na pewno nie kIPNęły ot tak. 

Z poważaniem, 

Polska Madonna

jak to jest byc madonna

15:17, movable
Link Komentarze (6) »
piątek, 05 grudnia 2008
Jak nierozumieć sztuki

Temat postu: sztuka współczesna. 

Czytelnik czyta: nuda obleśna.

Czytelnik ziewa, zjeżdża niżej na krześle i klika X w prawym górnym rogu ekranu.  

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jeśli ktoś tu pozostał - hop, hop,  jest tu kto? - zapraszam do wzięcia udziału w zajęciu. Zajęcie nazywa się Zabawa.

Otwieramy Painta. Otwieramy teraz. Ustawiamy rozmiar białego prostokąta tak, by zajmował całą przestrzeń ekranu. Bierzemy pędzel w swoją mychę i bazgrzemy, co chcemy. Bazgrzemy, bazgrzemy, Państwo poważni i dorośli. Zmieniamy kolor. Bazgrzemy. Zmieniamy wielkość pędzla. Bazgrzemy. Zmieniamy narzędzie. Bazgrzemy. Mazy, zawijasy, kropki, WSZYSTKO. Kończymy, kiedy tylko chcemy, jak w idealnym seksie. 

I jak było? Śmiesznie, głupio, irytująco, odprężająco, fajnie, dziwnie? Jak to jest - tworzyć coś?

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

1. grudnia przyznano Nagrody Turnera, odpowiednik Bookera, ale w sztukach plastycznych. Polka Goshka Macuga choć była bliska wygranej, nie wygrała. Wygrał Mark Leckey. Nazwiska podaję tylko dla formalności, są mało ważne. Istotne jest to, że ludzie oglądający prace konkursowe w Tate Britain w większości rozkładali ręce w geście bezradności i powtarzali jak mantrę: Nie rozumiemy tego. 

Zawsze zastanawia mnie to pragnienie ZROZUMIENIA kawałka sztuki. Wydaje się, że mało kto rozumie, że żadnego z tych kawałków nie da się w pełni zrozumieć. Wielu ludzi nie pojęło intelektualnie  żaby na krzyżu, ale wielu "zrozumiało" ją uczuciowo - i natychmiast się wściekło. To dowód na to, że sztuka współczesna może przemawiać do "niewyszkolonego" odbiorcy. Nie muszę być Einsteinem, żeby wiedzieć, co mnie wkurza, a co nie.

Sztuka współczesna nie jest nudna i tylko dla snobów. Co z tego, że jest intelektualna, albo nawet przeintelektualizowana. Wystarczy wyłączyć myślenie i włączyć przeżywanie. Dać spokój wyjaśnianiu. Szukać prostych przyjemności i zwykłej złości. Bawić się jak Pollock albo Yves Klein. Poczuć dziecięcą radość bazgrania. Zachwycić błękitem. Wspomnieć wakacje nad morzem, albo niebo w czerwcu, albo sweter noszony przez 7 lat mimo dziur na łokciach, bo był w niespotykanym odcieniu niebieskiego. I już: oto sztuka. Wielka mi rzecz.

 Jackson Pollock Number 16, 1949

Jackson Pollock, Number 16, 1949

Yves Klein Monochrome bleu sans titre Untitled blue monochrome Niebieski monochrom bez tytułu, 1960

Yves Klein, Niebieski monochrom bez tytułu, 1960

_______________________________________________________________________

Obrazki:

http://abcnews.go.com/Business/popup?id=3162355

http://www.centrepompidou.fr/education/ressources/ENS-klein-EN/ENS-klein-EN.htm

wtorek, 02 grudnia 2008
Mr. Goldfinger's personal pilot.
Dziewczyny Bonda miewają różne imiona: Honey Ryder, Kissy Suzuki, Plenty O'Toole, Holly Goodhead, a w Quantum of Solace - Strawberry Fields. Moim zdaniem żadne nie pobije jednak imienia pani pilot z Goldfingera. Jej godność: Pussy Galore. Beksiński, polonizując Złotopaluszkiego, zostawił Pussy w stanie nienaruszonym, więc  tylko co któryś polski odbiorca łapie wieloznaczność. Ale dzięki temu kwestia słowiańskiego imienia zastępczego dla  panny Galore wciąż pozostaje otwarta. Oglądaliśmy więc wczoraj jak Pussy dżudokowała na tv-ekranie i zabawialiśmy się tworzeniem dla niej czegoś swojsko brzmiącego. Wymiękliśmy, bo nasza ojczysta mowa nie chce grać w żadne podchody i albo nazywa pannę Lolą (tylko inaczej) albo nie. Czyżby Pussy była niezastąpiona?...  
 
Pussy Galore: "My name is Pussy Galore."
James Bond: "I must be dreaming."
 
goldfinger james bond pussy galore sean connery Honor Blackman
 
James Bond: "You're a woman of many parts, Pussy!"
 
Goldfinger James Bond Pussy Galore Sean Connery Honor Blackman
____________________________________
Foty:
http://news.bbc.co.uk/2/hi/entertainment/6110898.stm
http://www.virginmedia.com/movies/bond/james-bond-conquests.php?ssid=8
 
 
niedziela, 30 listopada 2008
Decydujący głos

Cóż zostało światu po zaciekłej walce Busha z Gorem stoczonej w roku 2000? Z pewnością niesmak i sporo niedomówień, o których przypomina zgrabnie Recount, a w polskiej dystrybucji Decydujący głos.

Jest to film z rodzaju, który, jak mi się wydaje, nie występuje w Polsce: produkcja telewizyjna z doskonałą obsadą, opowiadająca o ważnych dla kraju wydarzeniach politycznych ostatnich lat. Nikt chyba nie zaprzeczy, że materiału na dobre scenariusze polskie życie polityczne pisze mnóstwo, po prostu nie sięga się po to (może to wynik strachu?). Amerykanie bez żadnych zahamowań obrobili filmowo pojedynek o fotel prezydencki i efekt jest świetny.

Dla przypomnienia - o co chodziło w tej wyborczej aferze - w skrócie i uproszczeniu:

Pierwsze wyniki wyborów pokazały, że przewaga Busha nad Gorem jest na tyle niewielka, iż zgodnie z prawem wymagała potwierdzenia przez powtórne przeliczenie głosów. Ta sytuacja doprowadziła do odkrycia nieprawidłowości, które miały miejsce podczas głosowania - na Florydzie karty do głosowania były źle zaprojektowane, a sam sposób głosowania uczynił wiele oddanych głosów nieważnymi. Karty miały być dziurkowane przy nazwisku wybranego kandydata, ale metoda okazała się fatalna - często zamiast dziurek powstawały tylko wtłoczenia w karcie. W ten sposób z głupiej sprawy zrobiła się wielka, złożona i absurdalnie trudna sprawa, która kręciła się wciąż i wciąż wokół pytania: liczyć tylko dziurki czy wtłoczenia też? Innymi słowy: liczyć tylko faktycznie oddane głosy czy także głosy niby nieważne, ale świadczące o intencji głosującego...

Recount Decydujący głos karty do głosowania

Były próby negocjacji między Demokratami a Republikanami, były pojedynki prawne, było szaleństwo medialne. Cyrk na kółkach, mawia się czasem. Wszystkie zawirowania, zwroty akcji, wzloty i upadki obu walczących obozów film pokazuje świetnie, trzymając oglądających w napięciu, choć ci wiedzą przecież jak się skończy ta rollercoasterowa jazda. Piszę więc wprost: drogi Widzu, obejrzyj proszę (np. na HBO) i sprawdź czy Twą pierwszą reakcją na napisy końcowe będzie pytanie: To wszystko zdarzyło się naprawdę?! Mnie wydało się to tak niewiarygodne, że celem weryfikacji, przegrzebałam sieć i wyczytałam, że scenariusz przedstawia fakty w formie podobno niezmienionej w stosunku do rzeczywistości. "Ufilmowiono" wszystko tylko tam, gdzie było to niezbędne: udramatyzowano dialogi, dodano fabularne mini-zdarzenia nieingerujące w to, co historyczne (np. dla pokazania złości rozeźlona osoba rzuca krzesłem).

Powołując się na badania National Opinion Research Center, Wikipedia mówi, że gdyby na Florydzie przeliczono powtórnie wszystkie głosy, a nie tylko w niektórych okręgach wyborczych, zwycięstwo należałoby do Gore'a. Czy to prawda, nie mam pojęcia, ale możnaby długo snuć wizje tego, co zdarzyłoby się, a co nie, gdyby amerykańska władza nie poszła w roku 2000 w krzaki.

Wypada jeszcze wspomnieć o dwóch postaciach: Kevinie Spacey i Katherine Harris. Jeśli ktoś lubi pierwszego, to ma kolejny argument za obejrzeniem Recount-a, bo nie dość, że Kevin go wyprodukował, to jeszcze zagrał w nim główną rolę, "tego dobrego". O istnieniu Katarzyny pewnie nie każdy Polak wie, ja tę świadomość właśnie zdobyłam i wielce się uradowałam. Kaśka była Sekretarzem Stanu na Florydzie i robiła, co mogła, żeby krzewić krzaki. Film solidnie się z niej nabija, pokazując ją jednoznacznie jako stupid bitch. Mnie Kasieńka bardzo Andrew Leppera przypomina i szczerze się cieszę, że nie tylko moja ojczyzna wydaje na świat takich polityków.

Na koniec jednak łyżka dziegdziu: wszystkie wydarzenia opowiedziane są w filmie z perspektywy Demokratów, co doprowadziło do jednoznacznego podziału na dobrych i złych. Mimo, że ja trzymam z dobrymi, żałuję trochę braku narracji na wyższym poziomie, z zewnątrz. Byłoby chyba sprawiedliwiej, choć trudniej.

Recount Decydujący głos plakat obsada

___________________________________________________________

Foty z:

www.libertyfilmfestival.com/libertas/?p=9869

http://popcritics.com/2008/05/recount-premieres-on-hbo-this-sunday

czwartek, 27 listopada 2008
Terroryzm? Nie.

Bomby w Bombaju (!) przerażają mnie bardziej niż niszcząca właśnie Brazylię wielka powódź, w której, jak podają serwisy informacyjne, dach nad głową straciło kilkadziesiąt tysięcy ludzi (78 tys. - Rzeczpospolita). Powódź w Brazylii, huragan w Teksasie, tsunami w Indonezji - na samą myśl cierpnie skóra. A jednak to nie bomby i nie karabiny maszynowe. To "tylko" żywioł - niemyślący, nieczujący, wpisany w istnienie tego globu, a w encyklopediach pod hasłem "anomalie przyrodnicze" albo "wybryki natury". Żywioł niszczy w konsekwencji - przesunięcia płyt tektonicznych, różnicy ciśnień, opadów. 1 + 2 = 3. Żywioł jest bezduszny, ale nie jest złośliwy.

Atak w Bombaju i wszelkie podobne do niego zdarzenia warunkowane są przez POCZUCIE BEZPIECZEŃSTWA. Cios zadawany jest właśnie DLATEGO, że nie jest oczekiwany. Powstaje ohydny paradoks: miejsce bezpieczne nie jest bezpieczne, ponieważ czuje się bezpieczne. I odwrotnie: miejsce niebezpieczne, skażone brakiem poczucia bezpieczeństwa, zżera się samo swoim lękiem, nie ma potrzeby go atakować. Tym samym strach rozsiewa się wszędzie, a poczucie bezpieczeństwa jest zło-wróżbne, zło-wieszcze, zło-wrogie.

Tzw. "terroryzm" jest bezduszny wtórnie. Nie dokonuje go wiatr ani woda, ale CZŁOWIEK, który kiedyś jakąś duszę chyba miał, ale postanowił się jej wyzbyć. "Terroryzm" to żadna fizyka, ciąg przyczynowo - skutkowy, sieć naczyń połączonych. Tutaj 1 + 2 = 1835647. Człowiek robi to człowiekowi, bo ten się nie spodziewa, bo pije właśnie świetnego drinka z cytrusami, bo śpi, bo nie śpi, bo spaceruje po mieście. I nie chce mi się słuchać o żadnym islamie, chrześcijaństwie, hinduizmie, amerykanizmie, anglikanizmie, zachodnio-światokanizmie, ani o jakiejkolwiek innej ideologii. To żadna religia, to żaden "sposób na zwrócenie uwagii świata na problem", żaden głupio rerujący "terroryzm". To jest tylko zło.

Bombaj atak terrorystyczny listopad 2008

____________________________________

Zdjęcie: CNN.

piątek, 21 listopada 2008
KRZAK, czyli małe koncerty są największe

Wczorajszy koncert zespołu Krzak był kolejnym elektryzującym wydarzeniem. Piekarska Andaluzja znów nie zawiodła. Małe, kameralne koncerty to jest to. Wyjątkowa atmosfera i... nie trzeba stać. (Jakoś lubię mieć "własne" krzesło, choć Połowa marszczy brew, że to starcze upodobanie.) Scena parę metrów od słuchacza, słuchacz nawiązuje więź duchową z muzykami i chłonie wszystko intensywniej niż w hali czy na stadionie. To znaczy, zabawnie jest pójść na Red Hot Chili Papryczki, albo Senny Theater i masowo poadorować gwiazdę. Ale muzę wysłuchaną w niemal rodzinnym, skupionym gronie cenię wyżej.

krzak jan błędowski leszek winder andaluzja piekary śląskie

Podziękowania. Kierowane do wspomnianego już kiedyś pana Piotra Zalewskiego, miłościwie dyrektorującego Andaluzji. Wszystkich fanów Krzaka witał wczoraj niemal w progu. Cieszył się koncertem jak nikt. Opowiadał angdoty z poprzednich gigów. Jak to mówią - spoko gość. A piekarska społeczność chyba nie jest w stanie w pełni go docenić. Cóż, jak wiemy z Żeromskiego, praca u podstaw wymaga siłaczności.

Połowa i Szanowny Kolega łączą się ze mną w wyrazach uznania.

Jesień mija nam bardzo koncertowo, a jednak ciągle towarzyszy mi poczucie straty. Tyle się dzieje i tyle nas omija. Nie jesteśmy w stanie być wszędzie. Kiedyś Kaczkowski wzdychał z tego powodu i ucieszyłam się, że moje pragnienie wszechobecności nie jest odosobnionym przypadkiem. Ale licha to pociecha w kontekście przybywającego wkrótce w nasze strony Herbiego Hancocka, którego nie zobaczymy. Jeszcze lichsza, gdy czytam o 400-stu koncertach zauczestniczonych przez pana Zalewskiego.

Na osłodę jeno uśmiech Jana Błędowskiego, który skrzypcowo lideruje Krzakowi. (Z prawej moje osobiste ramię, a jakże.)

jan błędowski krzak koncert andaluzja piekary śląskie

czwartek, 20 listopada 2008
Bajka o czterech stówach

Jakiś miesiąc temu sir Druga Połowa przyniósł do domu 400 jednostek obecnie obowiązującej w kraju waluty. W 4 banknotach o odpowiednich nominałach. To była nowość, bo nigdy nie trzymaliśmy żadnej gotówki, poza tym, co na zakupy przy życiu utrzymujące, w naszej siedzibie. Teraz kasa na wydatki bieżące miała być pod ręką, bez biegania przez dłuższy czas do bankomatu. Wspólnie ustaliliśmy gdzie papierki chowamy: dla łatwego dostępu - w książce.

Minęło kilka dni i zapragnęliśmy użyć rezerw książkowych, jako że źródła portfelowe wyschły. Z miejsca, gdzie przebywałam w momencie zaistnienia pragnienia, udałam się zatem żwawym krokiem w stronę półek literaturowych. Kroków zrobiłam jednak ledwie trzy i, bardzo powieściowo, stanęłam jak wryta. Pojęłam, że nie mam zielonego pojęcia, do której książki włożyliśmy pieniądze. Sprawa nie była prosta, bo makulatury mamy niemało. Co gorsze, zawezwany na pomoc sir Połowa oczekiwanej pomocy wcale nie udzielił, bo miał taką samą absolutną dziurę w pamięci. Po prostu Pat a Mat.

Poszukiwania zaczęłam jednak w miarę spokojnie, kombinując logicznie. Wiedziałam, że w grę wchodzi tylko książka z jakimś znaczącym tytułem; liczyłam, że w jej doborze tydzień wcześniej przyświecała mi autoironia. Sięgnęłam więc do tytułów komentujących naszą sytucję finansową: Nędznicy, Przeminęło z wiatrem, Księga złudzeń etc. Nic. Przeszłam do tytułów, które mogłyby opisać naszą sytuację ogólniej, życiowo: Dżuma, Wściekłość i wrzask, Duma i uprzedzenie, Opowieści niesamowite i Opowieści fantastyczne. Dalej nic. W próbie trzeciej kluczem miał być tytuł użyteczny w charakterystyce sir Połowy lub mnie. Przejrzałam Frankensteina, Ojca Browna, O człowieku, który był czwartkiem, Alicję w Krainie Czarów i Poskromienie złośnicy.

Kiedy wszelkie triki przyswojone od wielkich detektywów literatury zawiodły, uciekliśmy się z Połową do metody nieinteligentnej, czyli "na policję". Wywalaliśmy półkę po półce i niedelikatnie przeglądaliśmy szanowne tomy. Ponieważ byliśmy już wtedy absolutnie nie-spokojni, co parę minut któreś trafiał szlag i książki dostawały skrzydeł. Po kilku godzinach czynności poszukiwawczych rozumieliśmy lepiej niż kiedykolwiek, co miał na myśli Bono śpiewając I Still Haven't Found What I'm Looking For. Mieszkanie wyglądało jak melina, a ja doszłam do wniosku, że po prostu przepiłam tę kasę, może kiedyś nocą, w letargu czy coś. 

Minął miesiąc i nadszedł poniedziałek, który był dla sir Połowy urlopowy. Tego dnia Połowa wstał znacząco później niż zwykle, bo mógł. Wczesnym popołudniem, nieprzepracowany i pozytywnie usposobiony do świata wznowił poszukiwania.

Znalazł. W książce. Zatytułowanej: Późne wstawanie.

Wniosek z tego taki, że kto rano wstaje temu gołąb na dachu.

 
1 , 2 , 3 , 4
Pop Culture Blogs - BlogCatalog Blog Directory Join My Community at MyBloglog! Blogowisko.org