wtorek, 21 września 2010
Kijowo!

Chcieliśmy wczoraj kupić mazdę. Zieloną, miłą w dotyku i stosunkowo niedrogą. Jednym słowem - używkę.

Mazdunię wyszukaliśmy sobie tydzień temu i od momentu spotkania oko w reflektor nie potrafiliśmy przestać o niej myśleć. Myjąc zęby - "widziałaś, że silnik był nieczyszczony, to dobrze!", pijąc piwo - "ciekawe ile pali na trasie?", komentując film (Ghostwriter) - "gdyby miał mazdę, to nie musiałby latać odrzutowcem", itd. w podobnym tonie. Przy jednym obiedzie zrobiliśmy nawet weekendowe wypady do Lublina i do Drezna, a zwłaszcza, od dawna planowany, do Wiednia.

No, po prostu - podjaraliśmy się na maXXXa.

Wczoraj postanowiliśmy wreszcie i nieodwołalnie, że jedziemy do pracy. A potem po żabę, oczywiście. Rozsądek nakazał nam jednak zabrać ze sobą na zakupy zaprzyjaźnionego mechanika. Ze względu na olbrzymią wiedzę, talent w rękach, niespotykaną uprzejmość i wrodzoną uczciwość (wszystko w postaci 1 człowieka, ha!), mechanik imieniem M. (jak Magik) jest w takich sytuacjach nieoceniony. Zdaliśmy się zatem na niego, wierząc z całych sił, że wyda sprzyjający nam werdykt.

Zakończenie tej króciutkiej baśni nie jest trudne do odgadnięcia: sławni bracia minus m, na 4 litery.

GRIM.

(Zapraszam na ling.pl, jeśli samo brzmienie słowa nie oddaje jego sensu.)

M. dokonał oględzin w ok. 4,5 minuty - w kompletnej ciszy i skupieniu. Połowa i ja staliśmy obok, oblewając się potem. Po upływie wspomnianego czasu, M. powiedział grzecznie: "Obejrzyjmy jeszcze inne i wtedy się zastanowimy." Nie zrozumieliśmy wcale, co chciał przez to powiedzieć. Nie rozumieliśmy dlaczego odciąga nas od zielono błyszczącej, ślicznej mazduni i wpycha z powrotem do naszego starego grata.

Uzasadnienie wyroku było długie, szczegółowe i momentami przytłaczająco fachowe. M. zaczął jednak od zdania prostego, brzmiącego wręcz głupkowato:

"Popowodziowa."

Gdy zrozumieliśmy, że w tej bajce żaba nie zmienia się w księcia, cóż... odpaliliśmy starego grata i ruszyliśmy do domu, wspominając wakacje.

Bo na wakacjach to była jazda!

kia forte

23:14, movable
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 sierpnia 2010
Podróże małe i duże

Sir Połowa mailuje właśnie z noclegowniami, które $zlachetnie zgodziły się przyjąć nas pod swe strzechy na sierpniowe noce. Potwierdzamy dokonane rezerwacje, bo wkrótce wyjeżdżamy. Cieszę się ogromnie, bo ostatni raz wakacjowaliśmy 3 lata temu. Trochę się obawiam, że nie pamiętam na czym ta zabawa polega (przez 3 tygodnie budzić się rano i nie jechać do pracy?) i generalnie ogarnia mnie Reisefieber, ale to wszystko nieważne. Dżej wykładała wprawdzie jakiś czas temu swoją teorię o wyższości Reisemuffel nad Reisefieber, ale akurat w tej kwestii we must agree to disagree (wybacz). Cieszę się na nowości, zaskoczenia i z góry godzę na rozczarowania. Bo muszą być, gdy wyrusza się w drogę z mnóstwem oczekiwań, nabudowywanych w głowie przez lata. Ale za to rozbieżność między tym, czego się spodziewa, a tym, co się faktycznie dzieje, dostarcza niespodzianek. A te z perspektywy definiują nieraz całą podróż...

... na przykład do Tirany. Mówiący po polsku Albańczyk zaprowadził nas do "bardzo luksusowej restauracji" mieszczącej się w piwnicy budynku przy bocznej ulicy. Do wyboru było jedno danie, które wybraliśmy. Kelner zapisał w notesie (ha!). Gdy na stół wjechały butelki Birra Tirana, światło zgasło i w luksusowej piwnicy zapadł mrok choć oko wykol. Natychmiast otrzymaliśmy przydziałową świeczkę (na spodeczku) oraz, ze względu na naszą konsternację, informację, że przerwy w dostawach prądu są naturalne (miasto czyni oszczędności). Niedługo potem przyniesiono nasze ciepłe danie, ugotowane bez światła i bez prądu. Zdjęcie dania zachowam w zbiorach prywatnych.

birra tirana

... z Albanii należy wrócić z bunkrem lub z Matką Teresą w kieszeni.

albania souveniry

... a wiosną można się wybrać w góry, na przykład w Beskidy, na przykład na Babią Górę. Warto wcześniej śledzić aktualne raporty o stanie szlaków, by wiedzieć, że śnieg nie zalega już nigdzie, wypada więc wdziać buty typu letniego i nie zabierać rękawiczek. Potem znienacka stwierdza się, że breja po kolana i ani w górę, ani w dół, droga wycieczko. Adrenalina!

babia góra

... choć tak naprawdę każdą breję można posprzątać, wystarczy tylko mieć odpowiednie narzędzia (plaża miejska w kurorcie czarnogórskim).

czarnogóra plaża

... w podróży łatwo z(a)błądzić (Tirana).

tirana

... dlatego lepiej nie wypuszczać się zbyt daleko i zostać, gdzie swojsko (pod Racławicami).

racławice

... nie warto jednak z niczym (zwłaszcza z: mleko-twaróg-śmietana) przesadzać. Kończy się wtedy jak student z wrocławskiego Festiwalu Dyni.

festiwal dyni wrocław

... z dwojga złego, chyba lepszy skorpion.

festiwal dyni wroclaw

... a w Dubrowniku udowodniono, że: 1) nie ma rzeczy niemożliwych, 2) potęga ludzkiego umysłu pokonuje wszelkie niedostatki, zwłaszcza przestrzenne.

dubrovnik pranie

... a w Brukseli w styczniu miało być odwrotnie niż miało być na Babiej Górze w maju: bardzo śnieżnie i bardzo zimno. Z tego powodu nocą spaliśmy przy oknie otwartym na oścież, a za dnia w butach chlupotał nam niemal wiosenny deszcz. Ratowaliśmy się więc piwem (dla zdrowotności). Z nim jednak też było coś nie tak: zwano je Kwak i lano w kufle, które nie chciały stać (wszystko niepoprawne politycznie).

bruksela kwak

... co więcej w mieście odbywała się masowa akcja eksmisji choinek bożonarodzeniowych. Były wszędzie i było nam ich żal.

bruksela choinki

... bo jednak spotkanie dogorywającej choinki wywiera na człowieku inne wrażenie, niż oko w oko z miejskim pomidorem, który ewidentnie ma się świetnie. Jędrny, rumiany i na ławeczce w Lublinie (czy wcześniej był w kinie?).

lublin pomidor

... jak już wspominałam, z niewiedzy łatwo utknąć w podróży. Początkowo w Cork ładowaliśmy się na pewniaka we wszystkie ślepe uliczki, a ich nieprzechodniość każdorazowo dziwiła nas ogromnie. Bo cul-de-sac to jakoś ani po angielsku, ani po irlandzku....

Cork cul de sac

... co innego chorwacka bolnica. Każdy zrozumie.

montenegro bolnica

... i jeszcze zdziwko w Łodzi. Największy człowiek świata (świecący) i ja (metrsiedemdziesiąt).

Łódź discovery museum

I właśnie dlatego lubię pakować walizki. Podróże sprawiają, że wszystko nabiera właściwych proporcji.

19:56, movable
Link Komentarze (2) »
czwartek, 24 czerwca 2010
Sweet emotions

Zakneblowałam się. Mam sporo ciekawych, jak sądzę, rzeczy do opisania, ale nie uploaduję ich tutaj z własnego wyboru. Nie potrafię zbyt dobrze kłamać, mogę więc pisać tylko prawdę, a prawda ostatnio zrobiła się momentami szokująca.

Ale nie jest źle, paradoksalnie, bywa nawet lepiej niż kiedy-kiedy-kolwiek. Dni mijają szybko i choć w pracy orzę z niechęcią, to i tak haruję chętnie, przeliczając każdą mijającą godzinę na dolarki, które wydam pod koniec lata na końcu świata.

Z życia:

Czekam niecierpliwie na przyszłość i nieustannie powtarzam w myślach linijki z Emily Dickinson. Ale w łazience o 6.20 nucę zwykle "Don't Cry For Me Argentina" i głos więźnie mi w gardle, gdy docieram do frazy: "Have I said too much?". Ponadto przerabiam z uczniem odcinki Hannah Montana w ramach doskonalenia rozumienia tekstu słuchanego, kontaktu z językiem ciekawszym niż podręcznikowy i z samą Miley Cyrus. Co więcej, na koniec dnia pracy moje stopy są zwykle wyczerpane, a mój mózg wyprany. Dlatego prowadzę samochód na bosaka i śpiewam nieustannie te same hity radiowe. Nie chcę zasnąć!

Czasem chcę się jednak rozpłynąć. Gdy słucham teorii spiskowych któregoś z moich szefów, gdy wykonuję absurdalne czynności proceduralne, albo gdy jest mi już wszystko jedno. Ale właśnie dlatego nie powinnam pisać po robocie o robocie, bo jestem lojalna. (Komu? Czemu?) Może po prostu źle reaguję na klimatyzowane powietrze i stąd zmierzłota.

Mój znajomy, który jest podobny do Daniela Craiga, mówi, że w okolicy można zaobserwować świetliki. Planuję! Bo na szczęście ostatnio wreszcie wróciła mi zdolność dostrzegania PIĘKNYCH rzeczy. Strząsnęłam z siebie część korporacyjnego kurzu i zaczynam znowu rozróżniać kolory! Może to przez Hrabala? Przez zgrabny zbieg okoliczności na kolejną rocznicę życia otrzymałam pięć książek tego autora: od dwóch nieskorelowanych ze sobą darczyńców, z których ani jeden nie skopiował żadnego z dwóch posiadanych już wcześniej przeze mnie tytułów. Mam więc 2 + 5 i czyyytam.

Skręcam się tylko z bólu, gdy ogarnie mnie jakieś wspomnienie z dzieciństwa – pamięć o dawnych czasach jest jakoś tym żywsza, im więcej złości we mnie.

Złości mnie w życiu: miłość wybrakowana, głupota, niewierność i złe picie. Ale najbardziej złości mnie to, że nie we mnie się to wszystko wydarzyło, a zanurzona jestem w tym po uszy.

Dlatego tak miło jest myśleć o zapachu czekolady i kardamonu z babcinego kredensu. Czekolada jest magiczna, bo na chwilę zatapia strach przed złem.

Nie powinnam pisać, bo robi się strasznie. „Zabawne jakie rzeczy potrafią czasem do głowy przyjść.”

bruksela maneken pis czekoladki

22:34, movable
Link Komentarze (5) »
czwartek, 08 kwietnia 2010
Utrata świadomości?

Zemdlałam w pracy. Właściwie to nie do końca, bo zdążyłam się zorganizować, gdy poczułam, że odpływam i ostatecznie nie odpłynęłam. Ale siara / zonk / wtopa dużego kalibru. Leżakowanie na podłodze sali konferencyjnej i inne atrakcje podobnej natury. Duh.

Uprzejmi jak zawsze rodzice moi poinformowali mnie radośnie, że jestem w ciąży. Może wyjaśnię: rodzice nie mają zawodowych związków z medycyną, są właściwie filologami, a badanie przeprowadzono telefonicznie na jednoosobowej grupie respondentów imieniem ja. Zdiagnozowano więc ciążę, dostarczono mi actimele, owoce, soki, warzywa i ciśnieniomierz, a na osłodę mojego macierzyństwa - ptasie mleczko. Ha!

Muszę przyznać, że działalność 'dziadków' zrobiła na mnie wrażenie. Wznieśli się bowiem nawet ponad pastelową filozofię Paula Coelho ("Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć." Alchemik). Ich wszechświat nie musi robić już nic potajemnie, oni spokojnie tym wszechświatem kierują i po prostu stwarzają byty, których pragną. A że pragną małych sir Połów, wiadomo od lat.

Wiosna! Świat zbudził się ze snu, przyroda ożywiła, Jezus powstał z martwych, a moje dzieci z omdlenia.

(A omdlenie ze zgryzoty i zmartwień.)

stokrotki

13:20, movable
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 marca 2010
New York State of Mind

Sytuacja jest ciekawa. Na sierpień zaplanowaliśmu wyjazd do Nowego Jorku i Bostonu. Tymczasem w drodze do konsulatu na wizowy interview rozsypało się nasze auto. Spotkanie mieliśmy umówione w Krakowie na 9.00, a o 7.20 tkwiliśmy na autostradzie za Katowicami w samochodzie, który odmówił dalszej jazdy. Siłą woli, wiary i przekleństwami zmusiliśmy go do kontynuacji podróży. Trasę pokonywaliśmy słuchając wrzeszczącego radia, które zagłuszało nie-zwykły stukot silnika. Prędkość wyższa niż 80 km/h była nieosiągalna. Czas leciał, silnik stukał, daleko było i do domu i do konsula. Modliłam się zatem w kilku sprawach: o przeżycie, o niezatrzymanie się ponowne bez szans na ruszenie, o wyrozumiałość urzędników wobec spóźnienia petentów (w modlitwach można być przecież bezgranicznie naiwnym, hm?), o niski koszt naprawy samochodu (jestem pewna, że odbierając tę intencję Bóg uśmiał się po pachy - bo chyba ma pachy?), o brak korków w Krakowie...

Moje prośby zostały wysłuchane w granicach rozsądku, że tak powiem. Na wymianę głowicy silnika i ruch uliczny w poniedziałkowy poranek nawet DobryBoże nie pomoże. Ale nie mam żalu, rozumiem, że po weekendzie trudno wziąć się od razu ostro do pracy, nawet Ugóry. W każdym razie przebiegliśmy sprintem krakowską starówkę, spóźniliśmy się i dostaliśmy wizę. Więc jak mówię, nie mam żalu.

Aktualnie nie wiemy jednak jakie decyzje podjąć ostatecznie. Podjarani jesteśmy planami wyjazdowymi mocno: obejrzeliśmy jedny tchem Taxi Drivera, Bronx Tale i Good Will Hunting, połknęliśmy kilka przewodników, sprawdziliśmy godziny otwarcia Guggenheima, obliczyliśmy ile Hopperów będziemy mogli zobaczyć, odłożyliśmy już nawet kupkę pieniędzy specjalnie na oglądanie wielorybów na Cape Codzie etc etc. Tylko, że w międzyczasie Ugóry także nie próżnowano, wobec czego nastąpiły: konieczność sprzedaży samochodu nr 1 (w konsekwencji wydarzeń autostradowych), konieczność sprzedaży samochodu nr 2 (w świetle jego bardzo podeszłego wieku i chęci uprzedzenia losu samochodu nr 1), konieczność zakupu pojazdów zastępczych, a także konieczność zmierzenia się ze zbiorowymi zwolnieniami, które właśnie się u mnie rozpoczęły. Szarada: jak poradzić sobie z powyższymi wyzwaniami i mimo wszystko zobaczyć te usańskie wieloryby? W ludowej piosence śpiewa się, że "nie mamy pieniędzy, ale mamy czas." A my - ani tego, ani, tym bardziej, tamtego, bo samolot trzeba rezerwować już, albo wcale.

"Two roads diverged in a yellow wood.

And sorry I could not travel both"

20:11, movable
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lutego 2010
You might want to sing it note for note

Przebrnęliśmy ostatnio przez "Miasto ślepców" Saramago i książka wstrząsnęła nami na tyle, że zawarliśmy niepisaną umowę nie wdawania się przez jakiś czas w przygnębiające teksty sztuki. Początkowo nie wierzyłam w siłę oddziaływania tej książki, ale kiedy pewnego wieczora, nucąc bezmyślnie "oh the weather outside is frightful but the fire is so delightful", weszłam do pokoju, w którym Połowa czytał  - zmroziło mnie. Kontrast między moją pierdółkowatą pioseneczką a przerażeniem bijącym z całej postaci Połowy był absolutnie nieznośny. Przyczynę zrozumiałam dopiero, gdy tydzień później sama trawiłam zawartość tej powieści - każdy przejaw wesołości wydawał mi się wtedy zupełnie nie na miejscu.

Obecnie, w celu odreagowania Saramago, wszelkie smakowite cukiereczki radości są przez nas wielce pożądane. Rozbawiamy się jak możemy i serdecznie polecam wszystkim smutasom i przygnębieńcom podjęcie próby rozuśmiechania się za pomocą którejś ze sprawdzonych przez nas ostatnio metod:

- "O, Brother Were Art Thou" / "Bracie, gdzie jesteś" - film Coenów, obejrzany dzięki inspiracji Res Varii - roześmiana pocztówka z Południa USA lat 30. XX wieku z jakże przeuroczym Georgem Clooneyem w głównej roli; utworu "Man of Constant Sorrow", kluczowego dla filmu, słuchałam od czasu seansu już chyba ze sto razy,

- "Singin' in the rain" / "Deszczowa piosenka" - mój ulubiony musical, dobry na każdą pogodę i porę dnia, gdyż wielce pozytywny i z towarzyszeniem prawdziwie amerykańskiego uśmiechu Gene'a Kelly'ego; oprócz tytułowej, cenię sobie także pieśń poranną - stosuję ją często w porze pobudki,

- "Szkoła żon" Moliera - widzieliśmy w Teatrze Starym w Krakowie i chichotaliśmy, ale myślę, że sztuka warta jest uwagi w każdym innym wykonaniu, bo jest celna i błyskotliwa; jest to coś 'nowego' na tle odwiecznie wałkowanego kanonicznego "Świętoszka",

- "Better Off Ted" - serial komediowy zlokalizowany w usańskiej korporacji i demonstrujący przejawy amerykańskiej samoświadomości; całkiem przyjemny nastrój ironii - podobny troszkę do tego z powieści "Korporacja" Maxa Barry'ego,

- Charlie Brooker - postać prawdziwa, prześmiewca medialny w języku brytyjskim, czyli prezentacja samoświadomości "zza Kanału" (drogiej Jenny dziękujemy za polecenie!) - więcej nie napiszę, bo żarty przegadane są nieżartobliwe.

Do powyższych zaproszeń do śmiecho-seansów dołączam jeszcze zachętę dla lokalsów do złożenia wizyty w Akademii Muzycznej w Katowicach - choćby w najbliższy piątek. Będzie fajna muza, a z batutą - Ed Partyka - najweselszy dyrygent, jakiego znam.

Koncert jest darmowy. Poważnie.

hel do gadania

23:28, movable
Link Komentarze (2) »
niedziela, 21 lutego 2010
Guma balonowa

Czy w dorosłym życiu da się stworzyć sobie światek choć trochę podobny do tego z dzieciństwa, zapamiętanego jako idealny?

Od wielu, wielu lat śni mi się dom dziadków. Najczęściej wracam w tych snach do poranków, kiedy budziłam się w wielkim łożu małżeńskim babci i dziadka. Jest lato, prawie zawsze - latem tygodniami mieszkałam w tamtym domu. Otwieram oczy, bo czuję że w łóżku nie ma już ani babci, ani dziadka - od dawna ubrani, krzątają się po domu. Rozpalają pod kuchnią, szykują obiad - słyszę metaliczny dźwięk pogrzebacza przewracającego węgle i obijającego się o ścianki i drzwiczki staroświeckiego pieca. Są tam dwie pary drzwiczek, które jęczą przy otwieraniu i zamykaniu. Śniadanie dla mnie pewnie od godziny stoi na kuchennym stole, a pokryte kożuchem kakao już wystygło - gdy pojawię się w kuchni, babcia z lekkim niezadowoleniem przygrzeje je jeszcze raz, mimo moich protestów ("Nie trzeba, babciu.").

Ale ja dopiero otwarłam oczy i jeszcze czuję na sobie wielką chmurę pierzyny w białej pościeli. Najpierw patrzę prawo. Zawsze w prawo, bo tam jest okno. Latem najpiękniejsze, po od wczesnego ranka otwarte na oścież i wpuszczające do środka sypialni najpiękniejsze zapachy: mokrej rosą ziemi, trawy, świerków, pokrzyw i kwiatów z grządki pod ścianą domu. Okno jest wysokie i podzielone drewnianymi poprzeczkami na sześć szklanych kwadratów. Przez okno można jednym susem wyskoczyć w tę grządkę, którą babcia niezmordowanie poprawia po każdym moim wyjeździe z jej królestwa.

Prawa strona mnie oślepia, więc wiem, w mojej kilkuletniej głowie, że przejadę dzisiaj "setki" kilometrów na rowerze (Kos), z którego już trochę wyrosłam, ale nie zauważyłam, że poleżę pod leszczyną na kocu w kratkę, rysując, że opalę sobie nogi do wysokości nogawek czerwonych spodenek w czarne kropy, a w międzyczasie trochę dziadkom pomogę, żeby znowu pochwalili mnie przed mamą. Ogólnie mówiąc, wiem, że będę dzisiaj bardzo przewspaniale zajęta.

Uzmysławiam to sobie, patrząc w lustro toaletki stojącej dokadnie na wprost. Lustro jest trzyczęściowe - babcia zamyka zewnętrzne skrzydła na noc, czegoś się obawiąjąc - w tej chwili już zbudzone, odbija w sobie mnie, trochę niedomytą od wczorajszego ganiania po krzakach (budowałam "bazy") i poniemieckiego zatroskanego Pana Jezusa nade mną, otoczonego złotą, owalną ramą obrazu. Jezus przyjechał z dawnego leśnictwa dziadka, z domu z niemiecką gospodynią, która podawała na stół herbatę w porcelanowym dzbanku z napisem "Zur Hochzeit". Z okazji ślubu babci i dziadka oczywiście.

Jestem w łóżku - w sypialni dziadków - w ich mieszkaniu - w dawnym budynku pałacowej służby - w przypałacowym parku-lesie - w dawnej posiadłości Donnersmarcków, na śniadanie będą grube pajdy chleba z masłem i miodem, na obiad pewnie schabowy, bo z kuchni dobiega  klupanie tłuczka do mięsa, a wieczorem będę mieć na sobie mnóstwo nowych śladów po ukąszeniach komarów i wiele nowych siniaków i zadrapań po nierozważnie przeprowadzonych działaniach zabawowych, przebłagam więc babcię, by nie kazała mi się zbyt dokładnie myć, bo rany będą szczypać, wyproszę obejrzenie wspólnie z dziadkami filmu po dzienniku ("Ale nie mów rodzicom, że ci pozwoliliśmy."), a potem zasnę pod owalnym landszaftem z Panem Jezusem i obudzę się w teraźniejszości, w której nic z tego już nie istnieje.

Więc można zrobić sobie rekonstrukcję? Wiem, że postacie i miejsca będą już inne, ale czy da się stworzyć znowu coś z tamtej sielskości?

droga z domu

20:16, movable
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 lutego 2010
Bleed just to know you're alive?

Wydaje mi się, że uprawiam ostatnio życie powierzchowne. To tylko przypuszczenie, bo kiedy żyje się powierzchownie, trudno wbić się na jakiś metapoziom i z dystansu ocenić sytuację. Chyba jestem zmęczona - symtpomem byłoby częste przysypianie. Trochę siara & żenada - zasypiam w kinie, w teatrze, na kręglach, na szkoleniu, przed komputerem, przed tv, przy przerażającej i wciągającej powieści, a także w trakcie rozmowy. Mimo wszystko martwi mnie to mniej niż objaw nr 2, którym jest wyraźny spadek kreatywności. Na przykład ten blog - pogubiłam wszystkie stare pomysły na notki, a głowa wcale nie chce produkować nowych. Słowa mi się jakoś stępiły i zblakły.

Zrzucając winę na zimę - tegorocznie długą i ostrą, czuję ulgę, że ta powierzchowność może jest przejściowa. Na wiosnę wszystko nabierze głębi. Ale w głębi duszy boję się, że już taka zostanę i że to wcale nie zima, ale kor-po-rac-ja.

Naczelnym celem każdego dnia, myślą, która łomocze mi się w głowie, jest najprymitywniejsze w świecie marzenie o tym, by "się położyć". Ciągle i ciągle. Więc w teatrze coś tam niby oglądam i niby przeżywam, ale jednocześnie kalkuluję ile jeszcze potrwa dana scena i kiedy znajdę się w łóżku pod kołdrą. Całe sekwencje "Avatara" przespałam tłumacząc się przed sobą tym, że ujęcia są zbyt szybkie i męczą oczy. Jeżdżę za szybko, bo nie ma czasu do stracenia - trzeba "się położyć."

Złoszczę się na siebie za to wszystko i próbuję jakoś na oślep (i de facto nieraz z zamkniętymi oczami) nadrabiać powierzchowność. Na przykład w knajpie zamówiłam sok z brzozy, spodziewając się podskórnie, że nie będzie mi smakował. I faktycznie nie przypadł mi do gustu, ale przynajmniej nie zasnęłam pijąc go. COŚ poczułam - mam na myśli COŚ poza rutyną, szarością, schematem, grzecznością, ułożeniem, białą bluzką ze sztywnym kołnierzykiem, uprzejmym uśmiechem serwowanym w odpowiedzi na nieuprzejme słowa.

Prawdopodobnie nie opisuję wystarczająco precyzyjnie problemu i owyższe zdania są mało zrozumiałe. I chyba właśnie o to chodzi - tak się w-pracowałam, że juz nie umiem SIĘ wyrazić.

00:58, movable
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 grudnia 2009
Sos słodko-kwaśny

Wszystkiego jest pełno, a ja czuję się bardzo dziwnie.

Pracuję w miejscu, gdzie muszę mówić po niemiecku on a daily basis. Nasz zaprzyjaźniony Italiano porzuca Polonię i wraca do Milano. Podczas pierwszego powrotu z nowej pracy zepsuł mi się samochód. Nie mam czasu posiedzieć i pomyśleć. Wczoraj byliśmy na cotygodniowej muzykoterapii w Akademii Muzycznej. Jestem zmęczona i Połowa też jest zmęczony. Silnik w samochodzie zgasł, gdy auto zjeżdżało z górki po oblodzonej drodze. Mam zaległości w mailach i blogach. Dzisiaj moja mama ma urodziny, a Połowa ma świąteczną wyżerkę firmową. Wczoraj była orkiestra symfoniczna i, gościnnie, włoski skrzypek (gwiazdor). Ustaliliśmy na pewno, że chcemy pomieszkać gdzieś out-PL. Mam ochotę pooglądać SATC, ale nie, bo będzie mi smutno (New York). Nikt nie mógł mi pomóc z tym cholernym samochodem, a potem byłam holowana w śniegu i ciemności. Żegnaliśmy się wczoraj, bo był z nami Andrea, a orkiestra grała Lutosławskiego. Wiem, że wkrótce są Święta, ale nie chcę tego przyjąć do wiadomości. Czy uda nam się kiedyś, albo wkrótce, wyjechać do M.? Akademia Muzyczna w Katowicach jest moim happy place i sto razy chciałam napisać notkę o tym budynku. "Było zwarcie na alternatorze". W końcu prawie się we troje rozmemłaliśmy i do zobaczenia może w maju. W miarę płynnie po niemiecku mówiłam w liceum, teraz myślę 2 minuty nad słowem heute. Zabukowaliśmy lot i łoża w Brukseli na styczeń, a czy się wyrwę? Sms: "Autko gotowe. 640 zł." Who Was David Weiser?

Nie lubię, gdy ludzie nie są ludzcy, ale zimni i niepomocni.

Nie lubię, gdy dobrzy ludzie znikają z mojego życia.

Nie lubię poczucia bezradności, szczególnie, gdy wiem, że mogłabym je zlikwidować gotówką.

Lubię muzykę i Akademię.

Lubię planować podróże.

Lubię poczucie bezpieczeństwa.

Pozdrawiam moją Połowę.

Pozdrawiam wszystkich, ale Każdego z osobna. Nie martwcie się! Każda zima mija.

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

akademia muzyczna

 

latte

czwartek, 26 listopada 2009
A Momentary Lapse of Reason

Miałam wczoraj tzw. ważne spotkanie. W miejscu, którego nie znałam i dokąd dojazdu też nie znałam. Nie mam gpsa i w takich sytuacjach zwykle drukuję trasę z Google Maps. To szansa popisania się przed sobą umiejętnością czytania mapy - a po dotarciu do celu można nawet zakrzyknąć: Nice job, girl! Jeśli się czegoś po drodze nie schrzani. I jeśli przyjaciel Google czegoś nie schrzani.

Wczoraj, tuż przed końcem trasy, mapa przestała nagle działać i nie wiedziałam dlaczego. Jechałam prosto tam, gdzie miało być prosto i w lewo, gdy miało być w lewo. Znalazłam się gdzieś bardzo blisko celu, ale nie wiedziałam gdzie dokładnie, a zegar wskazywał za pięć.

Włączył mi się Faulkner, czyli wściekłość i wrzask. To zadziałało otrzeźwiająco i mobilizująco: zauważyłam człowieka z bułkami! A człowiek znający trasę do bułkodajni musiał znać inne okoliczne trasy, w tym moją!

Nie znał. Sięgnął za to ręką przez okno po googlomapkę leżącą na siedzeniu i zaczął się w nią wczytywać. "Zaraz do tego dojdziemy..." - mruczał monotonnym głosem, jego dwie bułki dyndały smętnie w woreczku foliowym (właśnie tak chcę to napisać), a zegar pokazywał już umówioną godzinę. Widziałam tę scenę z bocznej kamery, widziałam, że to scena komediowa i kiedy obejrzę ją jeszcze raz, wieczorem w powtórkach, będę się z niej śmiać. Ale bożesztymój, wtedy to się jeszcze działo, byłam w trybie wściekłość i wrzask i chciałam zrobić coś niemiłego bułkom rozmemłanego pana! Na szczęście w końcu abdykował: "Zapytajmy tę panią." Przechodnia pani rzuciła coś w rodzaju: "jechać w lewo, w prawo, w lewo, w prawo", co słysząc, wyrwałam moją karteczkę z rąk Bułkowego i ruszyłam z kopyta (w wyobrażeniach proszę wziąć poprawkę na realia - kopyto ma ponad 10 lat i nieraz rzęzi).

Dotarłam do celu bardziej intuicyjnie/przypadkowo niż według wskazówek, spóźniona, ale byłam! W drodze powrotnej już spokojnie obejrzałam okolicę i znalazłam powód wcześniejszego zagubienia: istnienie kawałka nowej drogi - w realu, nie na mapie. Tylko pół kilometra z 40 km całej trasy, ale finalne pół o znaczeniu kluczowym. Była to końcówka znaleziona zbyt późno.

A potem byliśmy w kinie. Seans opóźnił się o kwadrans, bo projektor odmówił pracy. W końcu jednak ruszył i obrazy migały na ekranie. Na kwadrans przed końcem do sali wszedł chłopak z dziewczyną i popcornem. Usiedli i zaczęli oglądać "Rewers", a my "Rewers" oglądaliśmy dalej.

Film skończył się dość melancholijną sceną, ale gdy pojawiły się napisy i rozbłysło światło, sir Połowa nagle wybuchnął śmiechem. Pomyślałam, że melancholia mu szkodzi, bo chichotał i chichotał, podczas gdy wszyscy wokół w zamyśleniu wstawali z miejsc i wkładali płaszcze. Wtedy spojrzałam na chłopaka z dziewczyną i popcornem. Wyglądał jak wiewiórka podstępnie okradziona z orzeszka. Siedział i kręcił nerwowo głową we wszystkie strony, próbując wyczytać z gestów pozostałych ludzi dlaczego zapłacił za film dłumetrażowy, a dostał seans 15-minutowy, dlaczego nikt inny się temu nie dziwi i dlaczego ta sytuacja rozgrywa się akurat teraz, gdy jest z dziewczyną i popcornem. Wszystkie te znaki zapytania miał wypisane na przerażonym czole.

Sir Połowa wyjaśnił mu, że nasz seans się przedłużył, czyli ich seans jeszcze się nie zaczął. Nie powinni byli wchodzić na salę. Zobaczyli wprawdzie tylko kwadrans ze 100 minut filmu, ale kwadrans o znaczeniu kluczowym. A zatem była to końcówka obejrzana za wcześnie.

I tak sobie myślę o tym wyczuciu czasu (timing lepiej pasuje). Więc timing i - Przypadek czy Los, w sensie świadomej siły wyższej? Coś nie dzieje się na czas, ale w tym czasie dzieje się coś innego. Wszystkie te historie ludzi spóźniających się na samolot, który miał się później rozbić na kawałeczki - to spektakularne przykłady. Moje spotkanie z Bułkowym i Wiewiórką mają mniejszy kaliber, ale schemat wciąż ten sam. Małe sytuacje, a jednak nieodwołalnie zmieniają bieg rzeczy. Więc Przypadek czy Los?

Znam taką bujdę o początkującym i niezdarnym aniele stróżu, który chcąc ochronić swojego podopiecznego przed śmiertelnym wypadkiem drogowym, z braku lepszego pomysłu, w ciągu godziny psuje mu samochód, napuszcza na niego złodziei i zwalnia go z pracy. I chyba podoba mi się ta historia, bo oznacza, że rzeczy dzieją się czasem za sprawą Przypadków Losowych. Fajnie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Pop Culture Blogs - BlogCatalog Blog Directory Join My Community at MyBloglog! Blogowisko.org Need a Snow Day?